Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi TMX z miasteczka Rzeszów. Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy tmxs.bikestats.pl
Dane wyjazdu:
36.00 km 0.00 km teren
01:59 h 18.15 km/h:
Podjazdy:242 m

Plum Brandy

Niedziela, 1 stycznia 2017 · dodano: 01.01.2017 | Komentarze 3

Podjeżdżam sobie pagóreczek na stojąco i nagle słyszę głośne BRZDĘK. Pęknięta szprycha. I tak moje plany na dziś poszły się paść. A tak się jarałem pierwszą od dawna jazdą przy świetle dziennym. Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny. To nie jest dobry znak, że takie rzeczy dzieją się na pierwszej jeździe w nowym roku. Od wieków wiadomo, że niefart-pech podążający za człowiekiem można odpędzić jedynie za pomocą mocno stężonego etanolu. A zatem ... Plum Brandy. W jej ramionach spędzę dzisiejszą noc.



Nabyłem ją podczas pamiętnej wyrypy w Sądeckim i naprawdę długo czekałem, żeby ją spożyć. Dziś chyba nadszedł odpowiedni moment. Wiele razy słyszałem jak woła mnie z nieprzebytej głębi mojego barku. I choć w międzyczasie miałem już wiele innych, to cały czas myślałem tylko o niej, oczekiwanie traktując jak swoistą grę wstępną, preludium. Dziś będę się nią delektował do spodu. Do końca. Mojego lub jej.
Pisząc te słowa jestem już po spożyciu 150 miligramów i już stwierdzam, że było warto znosić wstrzemięźliwości okrutne katusze. Cóż to za prodakt, tak czysty i jednocześnie surowy, niczym góry w których powstał. Pali jak letnie słońce na grani i orzeźwia jak wiosenny wiatr na przełęczy. Cóż to będzie za podróż? Cóż to będzie za rejs? Generalnie z pojedynków z "pół litra 70% roztworu" zwykłem wychodzić zwycięsko ale w tym "sporcie" nigdy niczego nie można być niczego pewnym. Co zobaczę pierwsze? Dno butelki czy podłogę? Czas pokaże. W nadchodzącym sezonie wszystkie wyrypy przez Łącko ;). A tymczasem ...

W tak wzniosłej chwili nie sposób jakoś nie podsumować zeszłego roku,
Najpierw oczywiście kilka słów do moich ludzi. To był całkiem dobry sezon. Walczyliśmy wspólnie na stromych stokach wielu gór. Mam życzenie, by w nowym roku nie zabrakło nam zapału. Żebyśmy w nowym sezonie pozostali głodni, nierozsądni i nienasyceni. Przelewając krew, smar i pot szli na przód aż do ostatniej kropli gorzałki (co oby nigdy nie nastąpiło). Choć wiem, że wasze kobiety mnie nienawidzą, bo jest sobota, a starego znowu nie ma w domu, bo dostał powołanie na mtb melanż. Mimo wszystko musimy być silni. Zwyciężymy. Dziękuję wam Panowie.

Nie był bym sobą, gdyby nie wspomniał o moich najdroższych hejterach. Wiem, że to w waszym przypadku trudne albo nawet niemożliwe ale porozmawiajmy jak mężczyźni. Tylko fakty i brutalna prawda. Cóż, obiektywnie ... wasz sezon nie był taki dobry. Może i chcieliście ale nie potraficie. Wiele wam się wydaje, że jesteście tacy trendi, kreatywni i na topie, a tak naprawdę kopiujecie. Chcielibyście mieć to coś ale nie ten rozmiar kalesonów. Wiem, że klimat po ekipach macie ciężki. Podążając po moich śladach uważajcie - możecie natrafić na zjazdy, którym nie podołacie nawet gdyby sam Lew Starowicz zapodał wam niebieską pigułkę dla kurażu. Nie pomogą domeny za miliony, hajsy wpompowane w reklamy na fejsie, własne brandy gdy w internetach macie wyblakły, wyświechtany, nacechowany impotencją intelektualną przekaz. Ogarnijcie się, bo mimo wszystko rywalizacja z wami mnie nakręca. Więcej ruchów, a mniej gadania głupot - życzliwie radzę. Tak to widzę. Chłopcy.

Dobra, dość już o ludziach przegranych. Odnośnie planów na 2017 to wiadomo - kajecik z trasami pęka w szwach. Moment kiedy zaoram tego bloga jest coraz bliższy ale jeszcze nie teraz. Czerpię jakąś masochistyczną przyjemność z pisania tutaj. Tworząc wpisy, będąc pod wpływem nawet nieźle się bawię. Czytając to potem na trzeźwo odczuwam już głównie zażenowanie ale widocznie na jakiś zboczony sposób potrzebuję tego. Także próżne nadzieje moich antyfanów - w 2017 nadal będę dla was "tworzył". Oczywiście o ile będę jeździł a nie zwiedzał SORy i gabinety ortopedów. Szkoda tylko, ze sam Bikestats tak mocno podupada. No ale ... ten tego... zdrówko!


Dane wyjazdu:
20.00 km 0.00 km teren
01:05 h 18.46 km/h:
Podjazdy: m

I'm a traveller, I'm gonna follow the sun

Środa, 21 grudnia 2016 · dodano: 21.12.2016 | Komentarze 5

Za mną kolejny, bliski kontakt z polską służbą zdrowia. Zdecydowanie najgorsza impreza na jakiej w życiu byłem. Nie ma takiej ilości alkoholu, która pozwoliła by zapomnieć. No ale tym razem bark zrobiony, tak, że "będzie pan zadowolony". Jak dotąd - na to wygląda. Jeszcze parę miesięcy muszę uważać, ale wygląda na to, że kończę temat totalnego regresu formy fizycznej i psychicznej. Ciężko jeździło mi się w tym roku, sięgnąłem dna nie jeden raz. Czas się odbudować. Szczerze piszą co to chciałem już rzucić to fpisdu. No ale przecież jest jeszcze tyle szlaków do zjechania. Tyle ciekawych miejsc do odwiedzenia. Tyle głupich tekstów do napisania, sprzętu do przetestowania. Tylu dobrych chłopaków z którymi trzeba się napić. No więc zebrałem się w końcu na rower, choć jakoś mnie specjalnie nie ciągnęło. Godzina spokojnej jazdy przy temperaturze -1 stopień, bez wiatru. Zmarzłem. Zdziadziałem totalnie a może to kalesony mi się sprały.



Dane wyjazdu:
35.30 km 15.00 km teren
02:40 h 13.24 km/h:
Podjazdy:571 m

Lodowisko Słocina

Sobota, 19 listopada 2016 · dodano: 19.11.2016 | Komentarze 0



Dane wyjazdu:
34.80 km 20.00 km teren
04:00 h 8.70 km/h:
Podjazdy:1259 m
Rozbójnicy:

Pszuntkowe Ostatki

Piątek, 11 listopada 2016 · dodano: 12.11.2016 | Komentarze 6

Liczyłem, że pojadę jeszcze parę dobrych wyryp w październiku i listopadzie ale tegoroczna jesień to jakaś pomyłka. Czas więc powoli kończyć ten sezon. Brak motywacji na dalsze wojaże przełożył się na to, że pojechaliśmy z Pawłem na pobliskie Czarnorzeki. Jest tu kilka ciekawych rzeczy.
Zaczęliśmy od wyjechania na Suchą Górę i zjechania czarnym szlakiem do Węglówki. Jechałem ten szlak ponad 3 lata temu to był zawalony drzewami, teraz dla odmiany jest masakryczna koleina, w którą oczywiście wpadłem. Nie wiem co tam w niej jest pod liściami ale patrząc jak pracuje zawieszenie stwierdzam, że chyba jakiś gruby gruz. Sponiewierało. 
Trochę asfaltu i znowu wróciliśmy na Suchą Górę, by tym razem żeby ją zjechać w kierunku Czarnorzek. Tego szlaku też dawno nie jechałem i jakoś go nie szanowałem, a jest naprawdę spoko. Zwłaszcza część grzbietowa, dziś nawet sucha i bez liści. Dalej trochę bagna i jazdy strumieniem, bo źródło Mieczysław chyba wybiło ale ogólnie fajna jazda.
Po zrobieniu Suchej na wszystkie strony nadszedł czas na chwilę relaksu na zawalonym liśćmi segmencie 'wąwóz dół'. I wtedy wjechała główna atrakcja dnia, czyli niesławny segment Blackriver. Byłem tu pierwszy raz. To zdecydowanie najlepsza znana mi linia na Prządkach. Ma 2 takie miejsca, że naprawdę trzeba się przyłożyć, żeby się zmieścić. Do tego ze względu na iglasty drzewostan i piaszczyste podłoże było tu dziś czysto i bez liści. Jazdę utrudniała śliska, wyryta przez koła rowerów koleina. Fajnie, że w końcu tu trafiłem, na pewno wrócę jak będzie sucho.
Blackriver poszedł razy trzy i pojechaliśmy na parking pod rezerwatem, pokręcić się po liniach zbudowanych wzdłuż czarnego szlaku do zamku. Jest tu kilka hopek i kilka fajnych singli. Trzeba się będzie kiedyś temu bliżej przyjrzeć.
Na koniec pojechaliśmy na Królewską Górę. Najlepszy zjazd z niej to zielony szlak do Węglówki ale dziś postanowiliśmy odświeżyć niebieski. Kiedyś był fajny, aktualnie to zwykła leśna droga i miejscami zrywka ale ze względu na swoją długość i interwałowość jazda zapodała klimat niemalże wyrypy. Wracając na parking czuć już było powiew zimy. Fajny to był sezon, szkoda, że się skończył tak znienacka i bez pożegnania.


Dane wyjazdu:
70.50 km 28.00 km teren
05:00 h 14.10 km/h:
Podjazdy:894 m

Szlakiem liścia i paździerza

Niedziela, 6 listopada 2016 · dodano: 06.11.2016 | Komentarze 0



Dane wyjazdu:
67.60 km 20.00 km teren
05:15 h 12.88 km/h:
Podjazdy:1217 m

Samozaoranie

Niedziela, 30 października 2016 · dodano: 30.10.2016 | Komentarze 2

Wiatr masakrator.

Dane wyjazdu:
21.30 km 0.00 km teren
01:20 h 15.98 km/h:
Podjazdy: 92 m

Finest premium

Środa, 26 października 2016 · dodano: 26.10.2016 | Komentarze 4

Gdy muza odchodzi, a pogoda kończy sezon przedwcześnie wtedy zostaje już tylko ONA:


Dane wyjazdu:
43.90 km 35.00 km teren
05:20 h 8.23 km/h:
Podjazdy:2002 m
Rozbójnicy:

Bragga końca sezonu

Sobota, 1 października 2016 · dodano: 03.10.2016 | Komentarze 10

Z reguły nie jeżdżę tras, gdzie nie ma ani jednego nowego, nieznanego zjazdu, ale dziś dla Sebka była to wyrypa kończąca sezon, więc on wybierał. Oczywiście nie znaczy to, że jechałem dziś z przymusu - trudno, żebym wzgardził możliwością powtórnego zmierzenia się z najciekawszymi zjazdami w paśmie Radziejowej. Czwarty w tym roku podjazd na Halę Konieczną, poszedł sprawnie, choć psychicznie był dość męczący. Ostatnio bardzo mało jeżdżę, a nawet nie mam możliwości dobrze się wyspać. Wlokłem się więc jak wór. Na śniadanie mieliśmy zjeść krótki zjazd z Radziejowej, niestety dałem ciała jako kierownik. Chciałem skrócić drogę i przedostać się na pasmo jakąś niepewną ścieżką. Ścieżka może i była ale ledwo dałem się radę nią wspiąć bez roweru. Wspinaczkę z rowerami dla dobra zdrowia fizycznego i psychicznego odpuściliśmy. Jedyną pociechą były ładne widoki.

Prawie na paśmie
Prawie na paśmie

Problem w tym, że straciliśmy tu masę czasu, a dzień w październiku juz do najdłuższych nie należy. Z bólem tyłka ale odpuszczamy Radziejową. Perspektywę dobrego zjazdu zamieniamy na perspektywę zjedzenia michy aromatycznej kiełbasy w schronisku. Prawdziwi Janusze!
Wracamy na Konieczną i dalej do krzyżówki szlaków. Zaczniemy dziś od żółtego. Szlak dużo zyskuje przy drugim przejeździe. Naprawdę fajne sekcje. W jednym miejscu moja łysa, tylna opona ześlizguje się ze ścieżki i klękam na kolanko. Ochraniacz zapewne ratuje mnie przed poważnym problemem. No ale ja mam ochraniacze. "Tru" rajderzy mają bajeczną technikę. W sumie dobrze, że to się stało, bo ostudziło mi to trochę gorący, rządny wrażeń, głupi łeb. Poza tym szlak rewelacja.

Żółty #1
Żółty #1

Żółty #2, turyści pierzchają
Żółty #2, turyści pierzchają

Żółty #3
Żółty #3

Żółty #4
Żółty #4

Fajnie było. Wracamy na pasmo. Ten powrót się już ciągnie niemiłosiernie. Noga nie kręci. Tak naprawdę nie wróciłem do wydolności ani wagi sprzed ubiegłorocznej kontuzji, cały sezon jeżdżę na pół gwizdka, ale teraz przez brak regularnych treningów i zmęczenie przechodzę sam siebie w sięganiu dna. Docieramy do schroniska na Przehybie na upragnioną michę kiełbasy. Niestety panie z kuchni chyba też dopadło zmęczenie sezonem - kiełbasy w żurze pływa dużo, dużo mniej, niż gdy byliśmy tu w maju. Pytanie, czy warto było dla tego żuru odpuścić zjazd z Radziejowej zostawiam bez odpowiedzi.

W pochłanianiu kiełbasy mam permanentnego KOMa
W pochłanianiu kiełbasy mam permanentnego KOMa

Czas wrócić do jazdy. Docieramy do krzyżówki i obieramy niebieski. To mój ulubiony szlak w Sądeckim. Jadę go 3 raz. Jest pięknie. Niestety - turyści chyba wyczuli, że to ostatni weekend z dobrą pogodą. Mijamy naprawdę dużo ludzi, kilka większych grup, również w tych najciekawszych miejscach. Wytrącali nas z rytmu bardziej niż lokalne fakersony.

Niebieski #1, skaj is de limit
Niebieski #1, skaj is de limit

Niebieski #2
Niebieski #2

Niebieski #3
Niebieski #3

Lubię jeździć za Sebkiem. Nie jest on zwolennikiem miękkiej gry ani delikatnej pracy w białych, aksamitnych rękawiczkach. To rowerowy bandyta i brutal, który szlaki demoluje, a linie ciemięży. Kamienie pierzchają przed nim na boki, a z korzeni sypią się drzazgi. Jak pitbul - zaprowadza nowe porządki.Od zeszłorocznej kontuzji borykam się z psychiczną blokadą na zjazdach ale jak podążam za takim ancymonem to aż chce się puścić te heble.  Fajnie podążać za takim taranem, który nie podchodzi do przeszkód na szlaku z lekką taką nieśmiałością ale łapie je ze bety i wali po pysku.

Niebieski #4
Niebieski #4

Niebieski #5
Niebieski #5

Nie ma się co oszukiwać - dobrej jakości, poprawnie ustawione zawieszenie o 160mm skoku wybiera na tym szlaku dosłownie wszystko. No bo to końcu te rowery i sprzęt to jedyne co mamy HAHA. Tak o nas często mówią tacy różni. Wszyscy najmądrzejsi. Myślą chyba, że są wybrańcami. A tak naprawdę to ledwo mnie znają, jeżdżą może ze 2 wyrypy do roku, a tak to ciągle tylko standard rundy w koło Rzeszowa. Milczał bym jak by się faktycznie wybijali ponad przeciętność. A tymczasem brandzlują się jakimiś zjazdami, do ogarnięcia na kolarce i mają wiele do powiedzenia na mój temat, po przeczytaniu notki u mnie na blogu. A jak mijamy się na ulicy - cisza. Zakładają po dwie bluzy udając, że są duzi. Chłopcy, wy wiecie, że to o was - mamy wspólnych znajomych, wszystko do mnie dociera. Próbowałem wiele razy wam delikatnie wytłumaczyć ale nie kminicie ani delikatnych aluzji ani sarkazmu. Trochę samokrytyki chłopcy, bo z tego co widzę to nawet po dość relaksujących szlakach musicie cerować kalesony. Nie pojeździmy już razem, nie ten rozmiar rajtuzów. Żaden z was nawet do mnie nie podejdzie. Łykajcie ten przekaz, więcej wam już nawet pół akapitu nie poświęcę, szkoda na to nawet tego upadającego bloga.

No i tak sobie zjechaliśmy fajnie do Rytra. Być może i dla mnie to koniec sezonu. Teraz parę weekendów mi wypada ze względu na obowiązki, a w listopadzie mam operację, która mnie wyłączy z gry pewnie na jakieś 3-4 tygodnie. Poza tym pogoda gnój. Nie chce mi się jeździć w brei i po osie w liściach, tak jak czasem mi się już nie chce pisać tego bloga. Myślę już o przygotowaniach do nowego sezonu, zacznę od zera. Tym razem postaram się zimy nie przepić. Dzięki Sebek za jazdę, jak nas ponaprawiają to w nowym sezonie dalej będziemy groźni :D.

Dane wyjazdu:
62.10 km 30.00 km teren
05:50 h 10.65 km/h:
Podjazdy:1845 m
Rozbójnicy:

Cygańskie złoto tylko dla zuchwałych

Sobota, 17 września 2016 · dodano: 18.09.2016 | Komentarze 2

Co tu dużo pisać, moje doświadczenia ze słowackimi szlakami nie są najlepsze. Pech chciał, że geograficznie najwyższy szczyt Beskidu Niskiego leży właśnie w tym kraju. Nie wypada nie mieć jedynego, beskidzko-niskiego tysięcznika nie zaliczonego. Wiedziałem więc, że prędzej czy później moja noga tam postanie i że znajdę tam cygańskie złoto. Ten dzień to dzisiaj. Aby tego dokonać, zebrana na prędce ekipa 4 śmiałków w składzie: Paweł łowca komów, zbój Łukasz, wielce szanowny kolega Jacek z Lublina oraz nieskromny książę melanżu czyli ja, zacumowała w Blechnarce i szybko przekroczyła polsko-słowacką granicę. 
Nasze plany zdobycia Busova (1002 m.n.p.m) sięgają chyba 3 lub 4 lata wstecz. To nie było do końca takie proste zadanie. Generalnie to od naszej strony na Busov wiedzie zielony szlak pieszy ze wsi Cigiel'ka. Prowadzi on jednak przez sam środek sadyby władców tych ziem - znaczy się przez cygańską favelę, której społeczność jest nastawiona do turystów niezbyt przyjaźnie. Na pewno nie są to rozśpiewani, kolorowi Cyganie w stylu don Vasyla z ekipą, oj nie. Czytałem o różnych akcjach spotykających wędrowców próbujących przekroczyć ten swego rodzaju etniczny rubikon. Np obrzucenie przez cygańskie dzieci odchodami (!!!!). A jeśli znajdzie się śmiałek próbujący uświadomić wesołej dziatwie, że to nie przystoi to czeka go rozmowa ze starszyzną wioski, która niestety w dyskusjach używa często argumentów nie-słownych. Różne awantury zdarzają się na wyrypach ale ogólnie to wolimi MTB z Beskidami niż MMA z cyganami. Długo więc myśleliśmy jak to ugryźć. Był pomysł atakować w dzień roboczy gdy cyganie będą w pracy lub szkole :D. Niestety termin wyjazdu wypadł nam na sobotę gdy wszyscy po ciężkim, roboczym tygodniu wypoczywają na faveli. Pozostało więc poszukać alternatywnej drogi.
Po przekroczeniu granicy wkroczyliśmy na typowy, słowacki szlak - czyli totalny paździeż. Poszły już pierwsze joby na tutejsze podejście do turystyki pieszej. Co niektórzy nawet próbowali papieskim zwyczajem przywitać słowacką ziemię pocałunkiem hehe. Póki co jedynym pozytywem był imponujący widok na główny cel naszej dzisiejszej wyprawy.

Busov (1002 m.n.p.m)
Busov (1002 m.n.p.m)

Leśną drogą typu "gnój" zjechaliśmy do miejscowości Visny Tvarozec, która jest typową, słowacką wsią typu "nic ciekawego" i zaatakowaliśmy Busov nieoznakowaną drogą leśną od zadniej strony. Miejscami wypych był dość srogi, zwłaszcza ostatni odcinek po stromym, wąskim trawersie. Wiele to potu kosztowało ale nasz wieloletni cel został zrealizowany, korki szampanów mogły w końcu wystrzelić.

Sztuka wypychu odcinek 424234
Sztuka wypychu odcinek 424234

Busov zdobyty
Busov zdobyty

Po celebracji nadeszła pora na zjazd. Przybyliśmy tu w końcu po cygańskie złoto - czyli szlaki wysokiej jakości. Początek to naprawdę tęga robota. Szlak jest półdziki, wąski i zarośnięty. Dodając do tego wychodnie skalne, korzenie, konkretne nachylenie oraz fakt, że jedzie się nad brzegiem przepaści otrzymujemy dość ciekawe doświadczenie. Ja muszę pomyśleć o lepszej oponie na tył bo już 2 tygodnie temu na Kolaninie miałem problemy z przyczepnością, a dziś w jednym miejscu całkiem obróciło mnie bokiem. Ta fajna górska jazda niestety nie trwa długo bo dość szybko szlak dochodzi do drogi leśnej i zmienia się w parę km stołu. Źle nie było ale po takiej górze spodziewałem się więcej. Być może zjazd w 2 stronę okaże się ciekawszy. Trzeba będzie kiedyś sprawdzić, nawet ryzykując kontakt z wesołymi mieszkańcami Cigil'ky.

Busov DH #1
Busov DH

Januszh Hill
Januszh Hill

Wladymir Gwin
Wladymir Gwin

Dżek Daniels
Dżek Daniels

Pędzenie leśną, lekko przykamieniowaną drogą nie było znowu takie złe. Cieszyłem się pracą mojego amortyzatora. Udał mi się ten nabytek. Oczywiście nie uczyni on mnie szybszym. Za długo jeżdżę, by wierzyć w ściemy, że wymiana jakiejś tam części w rowerze sprawi, że nagle zacznę zgarniać wszystkie KOMy na Stravie. W tym przypadku ze mną jest jak z mocno podstarzałym koneserem młodych kobiet. Zbyt wiele już nie podziałam, ale co podotykam i oko nacieszę - to moje. Zjazd kończymy w miejscowości Gaboltov.

Gaboltov
Gaboltov

To chyba jakiś dowcip ale nie kumam
To chyba jakiś dowcip ale nie kumam

Na tle Busova
Na tle Busova 

Ruszamy zdezelowaną szosą do Zlate-go ciesząc się mocno wątpliwymi urokami słowackiej prowincji. Czas umila nam rozmowa o cygańskiej technologi, architekturze, sztuce i kulturze, a także barwne osobowości napotykanych po drodze lokalesów, moresów, maorysów, czy tam innych moralesów. W oddali zaczyna powoli majaczyć nasz kolejny cel - Stebnicka Magura (900 m.n.p.m).

Jeszcze raz Busov
Jeszcze raz Busov

W oddali Magura Stebnicka
W oddali, ledwo widoczna Magura Stebnicka

Asfaltowy podjazd na Magurę z miejscowości Zlate zdaje się nie mieć końca. Jej szczyt jest zupełnie nie widokowy, jest ona jednak zwieńczona 80 metrowym przekaźnikiem radiowo-telewizyjnym, z którego widok już musi być niesamowity - niestety, wstępu nań brak. Co ściągnęło więc tu naszą kolorową bandę? Oczywiście tak jak na Busov - cygańskie złoto. Przy studiowaniu map tej okolicy moją uwagę przyciągnął czerwony szlak do miejscowości Zborov, którego początek wglądał jak Twister z Enduro Trials w Bielsku.

Cygański twister
Cygański twister

Oczywiście musieliśmy to zjechać. Co można powiedzieć o tym szlaku? Na pewno nie ma takiego na Podkarpaciu - nasi znakarze znakują takie rzeczy na krechę po prostej. Tu mamy wąski trawers, a na nim jakieś 17 agrafek, mogłem się pomylić w liczeniu bo podczas jazdy tym czymś byłem kompletnie skołowany. Generalnie większość jest wąska, niektóre nawet strome. Da się to objechać bez wykonywania piwotów na przednim kole, rodem z cyrku. Niestety, w moim przypadku sporo z tych słiczbaków to była przysłowiowa walka gołej dupy z batem. Zdania na temat tego odcinka były mocno podzielone. Pawłowi się podobało bo wyjaśnił wszystko. Ja uważam szlak za godzien powtórzenia ale następnym razem wpadnę tu lepiej przygotowany. 

I w lewo
I w lewo

I w prawo
I w prawo

Mieliśmy zjechać do Zborova i pozwiedzać tamtejsze ruiny zamku ale Paweł namawia nas do zmiany planów i jedziemy na południe żółtym szlakiem. Szlak jak większość tutaj jest półdziki i mało uczęszczany. Przypomina zapomniane szlaki na podkarpackich pogórzach. Na takich szlakach się wychowaliśmy, czujemy się tu więc trochę jak w domu. Dojeżdżamy do miejscowości Bardeowske Kupele - którą ktoś porównał do naszej Krynicy Zdroju. Wg mnie ta miejscowość to raczej cygański sen o Krynicy. W porównaniu do Krynicy to wygląda jak kloszard, który przed chwilą podniósł się z rynsztoka przy wytwornym, brytyjskim dżentelmenie. No może trochę przesadzam, ale tylko trochę. Nie ma tu nic ciekawego, spotykamy za to autobus na rzeszowskich blachach, pełen turystów z Polski. Jedziemy asfaltem do Bardejova. Robimy zakupy w Tesco, kupujemy całkiem fajne, słowackie przysmaki - czekoladę studencką, i Kopfolę, lokalny odpowiednik kolki, który zwłaszcza w wersji chyba z miętą bardzo mi posmakował. Ze zdziwieniem odkrywam, że gorzałka jest tu tańsza niż u nas. Hmmm.... może jednak dał bym radę mieszkać w tym kraju? No ale nie zakupy nas tu ściągnęły. Największą atrakcją jest niewątpliwie stare miasto z dużym rynkiem, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Bardejov #1
Bardejov #1

Bardejov #2
Bardejov #2

Ławeczka rowerowych kloszardów
Ławeczka rowerowych kloszardów

Muszę napisać, że Bardejov jest pierwszym, słowackim miastem, które naprawdę mi się podoba. Jest jakże inne od szaroburych i zaniedbanych Miedzilaborców, które zwiedzałem w tamtym roku. Jedno mnie dziwi - że na rynku który jest 2.36 raza większy od rzeszowskiego (tak, sprawdziłem, nie kłóćcie się ze mną chłopcy tylko nauczcie się szacować powierzchnię na oko jak na inżynierów przystało) jest jakieś 100 razy mniej ludzi, niż o tej samej porze u nas. Kilkunastu turystów, niewielka liczba miejscowych, my i niewielka grupa lokalnych penerów. Poza tym prawie wszystko pozamykane. Co kraj to obyczaj.
Zbieramy się powoli do domu na mozolny, asfaltowy powrót. Gdzieś w okolicy Zborova drogę nagle spowijają kłęby czarnego, gryzącego dymu. Paweł stwierdza - tu gdzieś musi być favela. Ma rację. Widzimy ją kilkadziesiąt metrów dalej. Płonie w niej śmietnikowe ognisko, które nigdy nie gaśnie. Te skromne chałupy, ulepy z blachy falistej i płyty pilśniowej robią na mnie większe wrażenie niż jakieś tam rynki z junesko. Malowniczą drogą z widokiem na Obicz i Jaowrzynę Konieczniańską docieramy do Hutiska, gdzie odbijamy na żółty, szutrowy szlak na Przełęcz Wysowską. Tym razem Słowacja u mnie lekko zaplusowała. Widzę tu jakiś potencjał, a plany zrealizowane (czyli Busov) po drodze zastąpiliśmy nowymi. Ale o tym cichosza. Wrócimy tu.
Na granicy złapał nas lekki deszcz, na szczęście 5 minut od samochodu. Okoliczne, beskidzkie buki już lekko liźnięte ognistym języczkiem jesieni to znak, że sezon 2016 niechybnie, powoli dobiega już końca.

RELACJA PAWŁA Z FILMAMI ZE ZJAZDÓW.





Dane wyjazdu:
43.10 km 30.00 km teren
03:58 h 10.87 km/h:
Podjazdy:1511 m
Rozbójnicy:

Zjazdy, które wciąż dzieją się w naszych głowach

Sobota, 3 września 2016 · dodano: 04.09.2016 | Komentarze 4

Wakacje się skończyły ale mtb melanż trwa. Tym razem na celowniku Beskid Niski, co by daleko nie jeździć, a poza tym to najlepsze, znane mi góry. Wczesny ranek pobudka i kierunek Folusz. Dziś zacznijmy od nowości sprzętowych. Sebek przeszedł do wyższej ligi i zmienił ramę z Tranca na Regina, czyli rower do poważnej roboty, a nie jakiś tam kot ścieżkowiec.

Giant Reign Bandit
Giant Reign BANDIT

Tak. I to nie jest niebieski!  To jest ... turkusowy ;).
Natomiast ja jestem słabym człowiekiem i do tego sprzętową ladacznicą. Kolejny raz nie dotrzymałem umowy z samym sobą. Dopiero co niedawno na blogu ogłosiłem, że nic nie zmieniam już w swoim rowerze, a tu zaczęła się letnia wyprzedaż u brytoli + niski kurs funta i kupiłem amor. Manitou Mattoc, wersja expert. 160mm skoku, 34mm golenie. Stary amor przy nim wygląda jak zabawka. Potężne logo MINETU przyciąga wzrok dziewczyn na mieście a także niektórych facetów. W sumie w moim rowerze z istotnych komponentów względem specyfikacji fabrycznej ostał się już tylko napęd. Muszę więc jakoś ochrzcić tego kustoma. Giant Tracne BANDIT, jest już niestety zajęte przez Sebka. Myślałem o Giant Trance BASTARD bo to w sumie taki trochę owoc moich mrocznych fantazji z nieprawego łoża. Ale to tak jakoś dziwnie brzmi. Ostatecznie mój ty bękarci synu, ja ciebie chrzczę, tyś jest Giant Trance ETANOL.

Giant Trance ETANOL
Giant Trance ETANOL

Jaka jest różnica między Trancem a Reignem? Duża. Pisałem już trochę o tym po jeździe na Rejnie Daka, ale dziś miałem okazję podjechać na sebkowym 8 km asfaltem na Polanę Świerzowską i były to ciężkie chwile :D. O zjazdach opowiem później, tymczasem wróćmy do wyrypy.
Jak już wspomniałem - na legalu wjechaliśmy sobie szlakiem rowerowym na Polanę Świerzowską, gdzie pożegnaliśmy się z kulturą i wkroczyliśmy na szlak pieszy Magurskiego Parku Narodowego. Po małej przygodzie ze stadem dzików dość szybko stanęliśmy na Świerzowej (805 m.n.p.m), skąd zaczęliśmy pierwszy dziś zjazd. Dość lekka ale całkiem przyjemna robota. Zjazd jest nawet długi i łagodny. Sebek dobrze bawił się na swoim nowym rowerze, ja cieszyłem się amorem, który chyba jednak przepompowałem o jakieś 10-20 PSI. Końcówka przed szutrem jak to przystało na Magurski Narodowy - dość mocno błotnista i zniszczona przez ciężki sprzęt.

Magurski Narodowy zdewastowany przez rowerzystów
Magurski Narodowy zdewastowany przez traktorzystów, ale to rowerzyści są tu wyjęci spod prawa

W sumie to ja się nie dziwię, że w Magurskim jest mało turystów, bo kto chce chodzić po takich szlakach?
Z przełęczy zaatakowaliśmy Kolanin (705 m.n.p.m). Ten odcinek ewidentnie jest do podjechania przez największych tytanów. Natomiast zjazd z Kolanina na wschód to coś z całkiem innej planety. Zaczyna się łagodnie by nagle przerodzić się w jazdę po ścianie. Po ponad pół kilometrowej ścianie. Wiedziałem, że będzie stromo ale takiego czegoś się nie spodziewałem. Konkretna walka. Nie było za bardzo jak się zatrzymać, trzeba by było położyć się z rowerem na boku albo puścić go i klapnąć na tyłek. Tylko potem szukać go gdzieś w gąszczu 300 metrów niżej? To jeden z tych zjazdów, co żeby zjechać i przeżyć musiałem się w 100% skoncentrować na tym co robię. Być tu i teraz. Sfokusowałem się na targecie. Byłem lekko wstrząśnięty ale nie zmieszany. Moje myśli były czyste niczym spirytus salicylowy. Byłem tak nawalony adrenaliną, że gdyby jakimś cudem odpadły mi koła to zorientował bym się chyba dopiero na dole. Starałem się znaleźć jakieś dobre zdjęcie z tego zjazdu, niestety kamera wypłaszcza wszystko tak, że wygląda jak byśmy jeździli po Słocinie. 

Niewinnie się zaczyna
Niewinnie się zaczyna

Ale potem jest już tylko stromiej
Ale potem jest już tylko stromiej

I stromiej
I stromiej

Choć pod koniec tylni hampel wył już jak jeleń w trakcie rui to udało się to pokonać. Jak na dole zobaczyłem jak roześmiany Bandit wystawia łapę do przybicia piąteczki to widziałem, że było mega grubo. Ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem, pchając rowery płaskim błotnistym odcinkiem ale nasze głowy zostały na Kolaninie. Chwilę jeszcze przeżywaliśmy to co się tam wydarzyło. Parafrazując kogoś znanego można napisać, że dobry zjazd nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy ze szczytu, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do dołu. W rzeczywistości nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Myślę więc, że moi koledzy, którzy na co dzień wykonując swoje ważne i odpowiedzialne zadania na wysokich stanowiskach często w myślach wracają właśnie do takich chwil, analizują, przetwarzają. Ktoś na nich patrzy, myśli, że pracują, a oni zjeżdżają. 
Z tego letargu wyrwały nas dopiero dorodne muchomory.

Grzybki
Grzybki

Gdy ja robiłem zdjęcie, Sebek zagadnął przechodzącego obok, starszego grzybiarza, który podzielił się z nami ciekawą historią. Otóż wg niego muchomor czerwony nie jest trujący tylko niejadalny, a na dalekiej Syberii w mrocznym okresie gułagów ludzie używali ekstraktu z muchomorów jako używki. Kontakt ze świeżym ekstraktem mógł się dla człowieka skończyć nie za ciekawie, więc najpierw "przepuszczali" taki napój przez psy spożywając później .... psią urynę. Nie wiem czy pan nas aby nie wkręcał ale ta historia brzmi dość wstrząsająco nawet dla tak doświadczonych rowerowych kloszardów jak my. Wyrypy kształcą.
Szybki zjazd stołem do przełęczy Hałabowskiej i atakujemy kolejne wzniesienie  - Kamień nad Kątami (714 m.n.p.m). Myślałem, że pójdzie szybko ale podjazdo-wypych jednak chwilę trwał. Dodatkowo minęliśmy sporą grupę turystów. Dobrze, że na podjeździe bo na zjeździe mogło by być nie za ciekawie. Zjazd z Kamienia jest bowiem dość wąskim i krętym sigletrackiem. Może nie ma tu nachylenia z Kolanina ale jest za to innego typu robota. Tu schowany za podwójną gardą amortyzatorów musisz bronić się przed ciosami kamieni i korzeni, które próbują wymierzyć ci chłostę. Dobre to było, aczkolwiek uważam, że żółty szlak z innego Kamienia, tego nad Jaśliskami, jest jednak bardziej wymagający.

Gdzieś na kamieniu
Gdzieś na kamieniu

Gdzieś na Kamieniu #2
Gdzieś na Kamieniu #2

Końcówka szlaku to już szutrówka przez pola z widokiem na okalające dolinę wzniesienia. Tu z Sebkiem zamieniliśmy się rowerami. Ja miałem okazję kolejny raz się przekonać jak dobrze się zjeżdża na rejnie. Ten rower to prawdziwy czołg, klei się do podłoża wręcz je rozwalcowuje.  Tymczasem Sebek miał okazję się przekonać, jak niesforny bywa mój kary Etanol :D. Zjechaliśmy do Kątów na posiłek przy miejscowym sklepie.

Beskidzka dolinka
Beskidzka dolinka

Grzywacka Góra (567 m.n.p.m)
Grzywacka Góra (567 m.n.p.m)

Tak wygląda świat z kokpitu Regina Bandita
Tak wygląda świat z kokpitu Regina Bandita

Pod sklepem grupa miejscowych penerów przygotowywała się do zrobienia bramy na drodze jakiegoś wesela. Chcieli do tego użyć konia i wozu. Niestety koniowi wyraźnie nie odpowiadało towarzystwo podchmielonych jegomościów, stawiał więc opór pasywny. Sytuacja była rozwojowa i miała potencjał rozwinąć się w niecodzienną awanturę, niestety czas nas naglił więc nie poznaliśmy finału tej historii. Ruszyliśmy na widokowe wzgórze Walik.

Pańskie oko konia tuczy
Pańskie oko konia tuczy

Kamień (714 m.n.p.m)
Kamień (714 m.n.p.m)

Kolanin (705 m.n.p.m)
Kolanin (705 m.n.p.m) - taki niepozorny

Gdzieś w Beskidzie
Gdzieś w Beskidzie

Z Mrukowej ruszyliśmy zielonym szlakiem w kierunku samochodu. Początkowo jest to kamienisty wąwóz o fajnym klimacie ale dalej zaczyna się droga zrywkowa, koleiny i krzaki. 

Rąbanka
Rąbanka

Gdy dotarliśmy do wzgórza Czereśla (611 m.n.p.m) musieliśmy opuścić zielony szlak bo zbiegał on do asfaltu. W końcu mężczyźni nie kończą dobrych wyryp asfaltowymi zjazdami. Zamiast tego wybraliśmy nieznakowaną drogę leśną po granicy parku narodowego. Trochę się bałem, że będzie zrywka ale było ok. Bez szału ale fajnie na koniec trasy zaliczyć kilkukilometrowy, leśny, łagodny zjazd. Dobre to było. Tak oto wyszedł nam mocny kandydat do wyrypy roku. A Kolanin i Kamień będziemy wspominać jeszcze nie raz. Bo to zostawia ślady w psychice.