Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi TMX z miasteczka Rzeszów. Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy tmxs.bikestats.pl
Dane wyjazdu:
27.00 km 25.00 km teren
03:30 h 7.71 km/h:
Podjazdy:1441 m
Rozbójnicy:

Tropem wilka dobrych zjazdów kilka

Wtorek, 4 lipca 2017 · dodano: 08.07.2017 | Komentarze 2

Dzisiejsza wyprawa miała na celu sprawdzenie zjazdów w kierunku Słowacji z bieszczadzkich szczytów granicznych. W tym celu udaliśmy się do Smereka skąd zaatakowaliśmy Paportną (1198 m.n.p.m) nieznakowaną, półdziką drogą leśną znaną jedynie najlepszym przewodnikom beskidzkim. W sumie to ta droga nie była by nawet warta wspomnienia gdyby nie fakt, że gdzieś tak w połowie z krzaków wyskoczył nam wilk. Pewnie jakiś stary basior zbyt słaby by korzystać z życia w watasze ale i tak robił wrażenie. Skurczybyk dopakowany w barach. Uciekł przed nami kilkanaście metrów i potem obserwował nas z pobliskich zarośli. Pewnie obczajał rowery. Niestety nie udało się zrobić dobrego zdjęcia i ostatecznie prysnął w krzaki. Takie atrakcje tylko w Bieszczadach. 
Po jakiejś godzinie dotarliśmy do żółtego szlaku pieszego.

Na Paportną przez pole buraków
Na Paportną przez pole buraków 

Bieszczadzki singiel klasyk
Bieszczadzki singiel klasyk

Jakaś góra hiehie
Jakaś góra hiehie

Chwila przerwy i ruszyliśmy dalej do granicy, by szybko dotrzeć do punktu widokowego urwisko Rabia Skała. Byłem już kilka razy w jego pobliżu ale jakoś nie było mi dane tam zawitać. Można tu podziwiać panoramę słowackich gór oraz samo urwisko. Jest strome i potężne. Tym bardziej byliśmy ciekawi słowackiego szlaku żółtego na południe przebiegającego nieopodal. Na LIDARZE wyglądał on tak:



i zapowiadał się dość hardkorowo.

Punkt widokowy na Rabiej #1
Punkt widokowy na Rabiej #1

Punkt widokowy na Rabiej #2
Punkt widokowy na Rabiej #2

Szlak przypominał bardzo robiony przez nas w zeszłym roku czerwony szlak z Magury Stebnickiej. Agrafka za agrafką i sporo technicznych miejsc. Nauczony doświadczeniem z zeszłego roku ścinałem te agrafki jak szalony i przynosiło to naprawdę dobre efekty. Mieliśmy dziś trochę pecha bo na tych "serpentynach" spotkaliśmy kilkunastu turystów, w tym małe dzieci. Mimo wszystko szlak jest rewelacyjny i trzeba go kiedyś powtórzyć. Tym razem może w całości, bo dziś zjechaliśmy tylko do końca serpentyn.

Janusz Hill
Janusz Hill

Wypychem tym samym szlakiem wróciliśmy na granicę i ruszyliśmy na wschód dość zabłoconym szlakiem granicznym. Do tego mijaliśmy naprawdę dużo turystów. Bieszczady już nie są takie puste jak w momencie gdy zaczynaliśmy tu przyjeżdżać kilka lat temu. Kolejny punkt na naszej trasie to Dziurkowiec i zjazd zielonym na Słowację. To była konkretna przygoda. Na początek stromo, wąsko i trochę skał, potem fajny singiel przez las i na koniec MEGA stroma droga leśna z pokaźną koleiną. Wg Pawłowego garmina nachylenie nie spadało tu poniżej 30%. Straszna walka miejscami.

Na Dziurkowcu (1188 m.n.p.m)
Na Dziurkowcu (1188 m.n.p.m) 

Tak wygląda początek zjazdu
Tak wygląda początek zjazdu

A tak jego najlepsza część
A tak jego najlepsza część

Dobre to było. Niestety powrót tym szlakiem na granicę już taki fajny nie był bo łydki paliły ogniem piekielnym. W okolicy Dziurkowca ucięliśmy sobie krótką pogawędką z pogranicznikami i ruszyliśmy błotkiem w kierunku Płaszy. W tym roku moje modły o suchą wyrypę jak dotąd nie zostały wysłuchane. Dalsze plany mieliśmy inne, niestety zjazd z Dziurkowca kosztował Pawła resztkę klocków w tylnym hamulcu, który całkiem odmówił posłuszeństwa, trzeba było więc skracać. 

Manitou szczerzy kły na Płaszy (1162 m.n.p.m)
Manitou szczerzy kły na Płaszy (1162 m.n.p.m)

Z Płaszy kolejnym tajnym szlakiem przewodników beskidzkich zjechaliśmy do samochodu. To był taki zjazd pod znakiem hasła: ZAPOMNIJ O PRZEDNIM HAMULCU INACZEJ STRACISZ ZĘBY, czyli okrutne gruzowisko i koleiny. Może nie był to zjazd marzeń ale ja czasem lubię takie rąbany, poza tym szybko doprowadził nas na parking. Niby tylko 27km a prawie 1500 w pionie siadło. Miło było znowu zobaczyć Biesy.





Dane wyjazdu:
40.90 km 30.00 km teren
04:30 h 9.09 km/h:
Podjazdy:1476 m
Rozbójnicy:

Proceder wyrypa

Niedziela, 25 czerwca 2017 · dodano: 02.07.2017 | Komentarze 4

Taka wyrypka po klasykach okolicy Wysowej: Kozie Żebro-Jaworzyna Konieczańska-Rotunda. Trasa dla mnie dość wtórna, wpis zaległy, więc dziś jedynie garść luźnych przemyśleń.

* jeśli komuś przyszło by do głowy atakować Kozie Żebro od Hańczowej Głównym Szlakiem Beskidzki, to polecam odpuścić pierwszy kilometr wiodący wzdłuż potoku Markowiec - okrutnie zafajdany przez krowy! lepiej nadłożyć niecałe 1000 m i objechać to pobliskim asfaltem

* na Kozie Żebro od tej zachodniej jechałem pierwszy raz - na sporej długości jest nawet niezłe nachylenie ale ogólnie ten odcinek ma niewiele do zaoferowania i nie trafia na moją listę zjazdów do zjechania

* natomiast GSB na odcinku Kozie Żebro - Regietów podchodziłem już 2 razy i ten zjazd był dla mnie na wspomnianej liście bardzo wysoko. W porach zimowych, w stanach alkoholowego upojenia kilka razy fantazjowałem na jego temat. Na tej wyrypie nadszedł czas konfrontacji oczekiwań z rzeczywistością. Trzeba przyznać, że jest tu bardzo stromo i może ze 2 trudniejsze elementy ale stromy odcinek jest dość krótki, a cała zabawa właściwie kończy się zanim zacznie. Do Kolanina jest tu daleko. Fajny zjazd ale spodziewałem się więcej, zwłaszcza widząc, że na górze postawili w tym roku taki znak:

O rety co się tu będzie działo?
O rety co się tu będzie działo?

* Jaworzyna Konieczańska od zachodniej strony jest okrutnie zniszczona przez słowackie motokrosy, zjazd w tym kierunku jest cienki. Jeśli zjeżdżać z tej góry to tylko czerwonym na wschód

* fajny wyryp, lekko wspomnieniowy, choć trzeba przyznać, że jak człowiek coś więcej po świecie pojeździł, to zjazdy Niskiego wydają się być króciutkie

* w Niskim najlepsze są jednak ... doliny!

I tyle. Kilka fotek, ku pamięci:

Gdzieś w Beskidzie przy granicy
Gdzieś w Beskidzie przy granicy

Gdzieś w Beskidzie z widokiem na Jaworzynę Konieczańską
Gdzieś w Beskidzie z widokiem na Jaworzynę Konieczańską
Cmentarz z I wojny światowej w okolicy Koniecznej
Cmentarz z I wojny światowej w okolicy Koniecznej 

Gdzieś w Beskidzie
Gdzieś w Beskidzie



Dane wyjazdu:
37.70 km 25.00 km teren
04:30 h 8.38 km/h:
Podjazdy:1312 m
Rozbójnicy:

Kamieni kupa

Sobota, 27 maja 2017 · dodano: 29.05.2017 | Komentarze 6

Moje tegoroczne wyrypowanie idealnie wpisuje mnie w najnowszą modę na bycie tzw życiowym przegrywem. W tym roku słabo u mnie z czasem, jeżdżę co 2 tygodnie, a te wyjazdy muszę planować z 4 tygodniowym wyprzedzeniem. I tak oto w weekendy gdy nie jeżdżę to jest piękna pogoda i susza. Gdy natomiast przychodzi mi jechać to pogoda stawia mnie przed wyborem mniejszego lub większego zła, a właściwie to mniejszego lub większego gnoju. Tak też było i dziś. Cały tydzień na południowym wschodzie popadywało, a w nocy z piątku na sobotę przechodziły konkretne ulewy. W wyniku wyrafinowanych kalkulacji obraliśmy kierunek na Beskid Makowski. Już od parkingu w Myślenicach było wiadomo, że po przejechaniu tej trasy będziemy wyglądali jak byśmy cały dzień grzebali w śmietniku. Po krótkiej zamotce w mieście ruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku pasma Sularzowej Babicy. 

Myślenice z bliska
Myślenice z bliska

Ukelina (677 m.n.p.m)
Ukelina (677 m.n.p.m) 

10 km kręcenia po masakrycznie rozjeżdżonej, pokrytej świeżym szlamem drodze zrywkowej w temperaturze "raz ciepło raz zimno" trudno uznać za dobry początek. Trwało to wieczność ale w końcu dotarliśmy do miejsca gdzie zaczyna się zielony szlak i rozpoczęliśmy nim zjazd do miejscowości Stróża. Muszę przyznać, że szlak jest dobry. Nachylenie ok, a w kilku miejscach typowe dla Beskidu Makowskiego skupiska konkretnego gruzu. Dziś, ze względu na spływającą po nich wodę stanowiło to nawet wyzwanie. Chciałbym to kiedyś pojechać na sucho. Ze Stróży kontynuowaliśmy jazdę zielonym na pasmo Kotonia. Tu też są bardzo długie fragmenty obfitych gruzowisk. Z tym też bym się kiedyś chętnie zmierzył.

Gruz, gruz, gruz
Gruz, gruz, gruz

Po takim podłożu jeździliśmy przez większość dnia
Tak było w lasach


Wspinaczka była sroga, kosztowała nas sporo czasu i sił. Tym bardziej się wpieniłem, gdy na paśmie okazało się, że mogliśmy je zdobyć korzystając z pięknej, nowej, wygodnej stokówki! Muszę zaktualizować swoje mapy.
Chwilę tu pobiesiadowaliśmy, podjadłem sobie porządnie i stwierdziłem, że nic mi się nie chce. Od rana dziś słabo mi szło. Fizycznie było ok, miałem jakiś niezidentyfikowany problem mentalny. Miałem ciężki tydzień, zero roweru, na wyrypę pojechałem z marszu i jakoś nie mogłem dziś zostawić codzienności za sobą. Myślami byłem daleko. Najchętniej położył bym się w łóżeczku i przykrył kołderką. Tak bym sobie poleżał.
W końcu się zebrałem i mozolnie ruszyliśmy dalej żółtym szlakiem. Gdzieś z okolicy Gronika (839 m.n.p.m) zaczęliśmy pięciokilometrowy, umiarkowanie zagruzowany, szeroki zjazd. Lenistwo kwitło. Sebek też dziś nie miał parcia na bicie rekordów. Postoje co 500m na pogaduszki, heheszki, foteczki, dywagacje na temat głębokości napotykanych kałuż. Oj, gdyby dziś jechał z nami wielce szanowny kolega Paweł to by na takie bezeceństwa nie pozwolił :D.
Myślenice z daleka
Myślenice z daleka

Strzebel i Luboń Wielki
Strzebel i Luboń Wielki 

Zjazd do Pcima
Zjazd do Pcima

Tośmy sobie pojeździli, czas więc na kolejną biesiadę, tym razem pod sklepem. W planie było schronisko na Kudłaczach i dalej sprawdzenie OSów z zawodów enduro na Kamienniku i Uklejnej. Ale żeby pokonać ten dystans i te zjazdy to trzeba wykazać choć odrobinę ambicji, koncentracji, zacięcia, inicjatywy. Trzeba podjąć walkę. Ja dziś się do walki zupełnie nie nadawałem, raczej do przędzenia kądzieli. Białą flagę wywiesiłem już rano na parkingu.
W takich okolicznościach podjęliśmy decyzję, że skracamy. DDRem wzdłuż rzeki Raba zaczęliśmy kierować się w stronę Myślenić i w pewnym momencie odbiliśmy w prawo w stronę góry Chełm (648 m.n.p.m). Niestety pomyliłem drogi, co skazało nas na krótki spacer przez krzaki. Jak nie idzie to nie idzie. Fakap za fakapem. Nie ogarniałem dziś nawet mapy. W końcu wbiliśmy na zielony szlak i zarządziliśmy kolejny postój na mega widokowej miejscówce przy wyciągu narciarskim.

Man and his bike
Man and his bike

Wyciąg, o dziwo, dziś funkcjonował. Patrząc na niego osiągnąłem dno - w mojej głowie pojawiła się myśl by nim zjechać i zakończyć tę degrengoladę wyrypy :D. Za takie świętokradztwo powinno się karać konfiskatą roweru :D. Na szczęście się odmuliłem i zaczęliśmy zjazd w kierunku miasta dalej zielonym. Początkowo wiezie on szutrem ale tu udało się kawałek objechać po gruzach trasy DH. Z każdym kilometrem szlak nabiera rumieńców. Końcówka przed asfaltem jest już rewelacyjna - kręto, stromo, trochę kamieni i przepiękne sekcje korzenne. Oczywiście w gnoju po kolana ale i tak sztosik. 
No i tak to się skończyło. Czas sobie zrobić porządek w głowie. Jak teraz o tym myślę, to ta wyrypa była naprawdę dobra. Tylko ja się nie mogłem wkręcić w jej klimat, tak jak eldoka nie trafia w bit. Tak kończą abstynenci.

Dane wyjazdu:
44.70 km 35.00 km teren
05:29 h 8.15 km/h:
Podjazdy:1918 m
Rozbójnicy:

Styl jazdy w g'noju (i po rąbance)

Sobota, 13 maja 2017 · dodano: 15.05.2017 | Komentarze 3

Stoję na szczycie góry. Termometr wskazuje +25 stopni celcjusza. Nad głową mam tylko bezchmurne niebo, wzrokiem ogarniam piękne widoki. Ciepły wiosenny wiatr mierzwi moje bujne wąsy. Wdycham oszałamiający zapach pierwiosnków. A może to fiołki? Mam przed sobą 10km naszpikowanego korzenio-kamieniem, suchutkiego zjazdu. Będzie się kurzyło! Jest pięknie. YHY ... KIEDYŚ MOŻE TAK BĘDZIE .... ALE NAPEWNO NIE DZISIAJ.

Dzisiaj brutalna rzeczywistość była diametralnie inna od tych fantazji. Gdy zajechaliśmy na parking w Rytrze termometr pokazywał 11 stopni. Nie było widać kompletnie nic bo wszystko spowijała mgła. Z zapachów to czułem jedynie słodkawą woń przetrawionego etanolu. Zdjąłem mokry rower z dachu samochodu i ubrałem kurtkę oraz kalesony. W połowie maja! Wszystkie prognozy zapowiadały dziś w tych rejonach burze oraz opad wszelkiej maści. W którym momencie życia utraciłem resztki instynktu samozachowawczego, które mogły mnie ocalić przed wyjściem w taki dzień na rower? Nie wiem. I dobrze.

Taki klimat cały dzień
Taki klimat cały dzień

Podjazd na Halę konieczną, pokonywany przeze mnie już wiele raz dziś był obficie polany błotem. Kręciło się dość ciężko, bardziej strome odcinki pewnie trzeba by wypychać, ale wpadliśmy na genialny pomysł. Zamiast szutrem postanowiliśmy naginać Percią Sosnowskiego - ledwo zaznaczoną na mapie ścieżynką na południowy wschód od drogi. Szlaki ze słowem "perć" w nazwie są z reguły raczej ciężkie na rower no ale trzeba było to sprawdzić pod kątem ewentualnego zjazdu. Co tu dużo pisać, jest naprawdę GRUBO.

Perć Sosnowskiego #1
Perć Sosnowskiego #1 

Perć Sosnowskiego #2
Perć Sosnowskiego #2

Perć Sosnowskiego #3
Perć Sosnowskiego #3 

Salamandra
Salamandra

Piękna dzika, miejscami ledwo widoczna ścieżka. Sporo momentów trudnych i kilka wg mnie dość mocno ryzykownych. Co ciekawe - ktoś to jeździ, bo znaleźliśmy ewidentne ślady "ułatwień" dla rowerzystów, przy powalonych drzewach. Kiedyś tu zatańczymy. Będzie ciężko. Wolał bym jednak poczekać na trochę bardziej suche warunki, bo dziś porośnięte mchem kamienie były śliskie że masakra.
W tym wariancie dotarcie na Halę Konieczną zajęło nam więcej czasu niż zwykle, ale w końcu udało się. Stąd już tylko rzut beretem pod schronisko na Przehybie (1175 m.n.p.m), gdzie ubraliśmy ochraniacze oraz inne akcesoria dla kosmonautów i ruszyliśmy czerwonym szlakiem na zachód. Oczywiście wszystkie dzisiejsze zjazdy były pod znakiem gnoju i kamiennej rąbanki. Tutaj jeszcze dochodzi miejscami dość znaczne nachylenie. Jechałem to w lepszych warunkach w zeszłym roku, ale dziś zdecydowanie lepiej mi poszło, pewnie dlatego, że miałem dobre gumy, a nie produkty oponopodobne. W dobrym tempie dotarliśmy do Dzwonkówki, gdzie czerwony szlak krzyżuje się z żółtym.

Dzwonkówka (983 m.n.p.m)
Dzwonkówka (983 m.n.p.m)

Testowana w zeszłym roku opcja jazdy stąd w kierunku Koziarza, z uzupełnieniem zapasów Śliwowicy w Łącku kusiła bardzo. Niestety, wbrew temu co wielu o mnie myśli to dla mnie MTB jest ważniejsze niż WÓDKA, więc zwyciężyła perspektywa eksploracji żółtego w kierunku Szczawnicy. Wbrew zasłyszanym opiniom, szlak mnie pozytywnie zaskoczył. W suchych warunkach pewnie bym nim gardził. bo tzw momenty na tym szlaku należały dziś do najłatwiejszych. No ale w takim pogodowym anturażu wszystko smakuje inaczej. Rzekł bym, że dla tego szlaku błotny gnój jest jak dobry keczup - uzdatnia mdłą "potrawę" do spożycia i dodaje pikanterii. Było błotniście, kamieniście, trochę interwałowo ale bardzo przyjemnie. Tak znaleźliśmy się w Szczawnicy.

Szczawnica
Szczawnica 

Wodospad
Wodospad 

Jest to spory kurort, więc można tutaj, nawet o tej porze roku zabawić się naprawdę na bogato. My wybieramy frytki + zapiekanki i lecimy dalej. Podjazdem długim niczym lista moich, niezdrowych uzależnień wracamy na Przehybę. Im bliżej szczytu tym mgła robi się coraz bardziej gęsta. Widać ledwo kilkanaście metrów w przód, pada coś w rodzaju mżawki i jest zimno. Na Przehybie jestem już mocno ucirany. Ruszamy niebieskim szlakiem w kierunku Rytra. Pisałem kiedyś, że ten zjazd to słaba opcja dla chłopców szukających floł rodem ze zrównoważonych ścieżek. No to teraz dopiszę, że taki warun jak dziś zmienia ten szlak w mroczne miejsce, gdzie tacy duzi chłopcy płaczą, a mamusia ich nie słyszy. Jechałem to czwarty raz. Wcześniej zawsze po suchym. Zwłaszcza za trzecim razem skikałem sobie po tych kamulach już na luzaku. Dziś natomiast leciałem to momentami zupełnie poza kontrolą i tylko słuchałem jak skały wołały, że chcą się przytulić. Pal licho, że woda i błoto lały się strumieniami. Zachlapane okulary, gęsty świerkowy las i równie gęsta mgła sprawiały, że miejscami widoczność była bardzo zła i nie widziałem kompletnie po czym jadę ani dokąd zmierzam. Dziś ten szlak mnie połknął, strawił i wydalił. Kompletnie ujechanego. Szanuję to doświadczenie. 
Już w okolicy Rytra zdecydowaliśmy się na małą modyfikację. Zmieniliśmy szlak na zielony, a chwilę dalej na żółty-gminny. Kolejne kilometry błotnistej rąbany. Nie byłem nigdy fanem takich warunków ale dziś z każdym kilometrem tych atrakcji coś się we mnie pękało i czerpałem z tego dziką przyjemność. Końcówka to już jazda jakimś rynsztokiem z gałęziami i błotem po kolana ale i tak było uroczo. Choć trzeba przyznać, że wariant ze zjazdem niebieskim do samego Rytra chyba jest jednak bardziej wymagający.

Po powrocie do samochodu stwierdziłem, że mimo błotnej posoki, to rower mam czystszy niż po 2 ostatnich wyrypach. Fajne to błoto. Da się z nim dogadać i go polubić - rower umyłem za złotówkę. Warto było to pojechać. Zrobiłem się ostatnio warunko-odporny. Mam tylko jedno marzenie - pojechać w końcu jakąś wyrypę w koszulce z krótkim rękawem.


Dane wyjazdu:
42.60 km 32.00 km teren
04:50 h 8.81 km/h:
Podjazdy:1372 m
Rozbójnicy:

Cyklostopy

Poniedziałek, 1 maja 2017 · dodano: 03.05.2017 | Komentarze 2

Czasem siadam na krawędzi swojej duszy. Spoglądam w nicość. Rozpatruję pokrętne losu koleje. Walczę o strzępki marzeń.  Chcę znowu naprawiać świat. I wtedy wiem. Wtedy właśnie wiem ... ŻE MUSZĘ JECHAĆ NA WYRYPE ŻEBYM SIĘ ODMULIŁ!!!!!!!!!!!!!
Pogoda w kwietniu zrobiła mi sieczkę z umysłu, nie chciało mi się nawet patrzeć na rower. Początek maja nie wygląda wcale lepiej ale mtb melanż wzywa. Czas wyjść spod pierzyny, uprasować w kant kalesony, zebrać chłopaków na pokład wieprzowozu i ruszyć w nieznane. Stacja docelowa: Piwniczna Zdrój. Ogarniamy się i ruszamy w kierunku polsko słowackiej-granicy. Na początek czekało na nas 8km podjazdu.

W drodze na Eliaszówkę
W drodze na Eliaszówkę

Dziś zaznamy szerokiego spektrum temperatur - od przenikliwego zimna po upały. Droga na Eliaszówkę jest również dość różnorodna. Początek to płyty betonowe, potem leśny dukt, kilka ciekawych momentów oraz ... schodów więcej niż u mnie na kwadracie.

Schody #1
Schody na szlaku #1 

Schody #2
Schody na szlaku #2 

W końcu docieramy na granicę, wspomniany szczyt i stojącą na nim wieżę widokową. Z racji długiego wekendu,  spotykamy dużo turystów. Sama wieża jest polskiej produkcji, a zatem w porównaniu do słowackich tworów jest to solidna konstrukcja, z której można korzystać nie obawiając się o zdrowie i życie. Widoki ciekawe, aczkolwiek w kierunku Tatr lekko zepsute przez wierzchołki drzew.

Eliaszówka (1024 m.n.p.m)
Eliaszówka (1024 m.n.p.m) 

Widoki z wieży #1
Widoki z wieży #1
Widoki z wieży #2
Widoki z wieży #2 
Widoki z wieży #3
Widoki z wieży #3 

Słowacy ewidentnie gardzą tego typu atrakcjami bo żółty szlak w ich kierunku jest dość słabo przechodzony. Jego początek jest pięknym singlem przez krzaki jagód. Dalej też jest fajnie. Dość ciekawy szlak, taki zabawowy, bez większych trudności technicznych.

Singiel przez jagody
Singiel przez jagody

Skomponuj własnego mema
Zdjęcie z cyklu: "skomponuj  mema"

W końcu docieramy nim do drogi leśnej, którą podążamy w kierunku południowym. Jadąc leśnym interwałem docieramy do chyba najbardziej widokowej polany jaką zwiedziłem w swojej rowerowej "karierze". Ośnieżone tatry na wyciągnięcie ręki, Beskid Niski Zachodni, Góry Lewockie ... jest grubo. Paradoksalnie lepiej niż na wyżej położonej wieży.

Tatry #1
Tatry #1

Tatry #2
Tatry #2

Jedziemy w takich klimatach ładnych parę km. Przekraczamy drogę krajową, wjeżdżamy w las i zmierzamy w kierunku wzniesienia Osly Vrch (866 m.n.p.m), na którym znajduje się główny cel naszej wycieczki - tytułowe Cyklostopy. Pod tą nazwą powstałą zapewne w umyśle sprośnego rowerzysty-fetyszysty kryje się kompleks leśnych single tracków w pobliżu miasta Stara Lubovna. "Kompleks" to za dużo powiedziane bo tak naprawdę to ścieżka jest jedna i posiada 3 odnogi na ostatnich kilkuset metrach (nazwane: wilcza, rysia i niedźwiedzia). Chcąc sobie skrócić drogę błądzimy lekko przez krzaki ale w końcu odnajdujemy bramę do tego przybytku rowerowej rozpusty.

Zaczynamy zjazd
Tu zaczynamy zjazd

Idea ścieżki w założeniach miała się wpisywać w popularny ostatnio nurt tzw "singli zrównoważonych", a zatem czegoś w stylu bielskiego Twistera. I faktycznie jest tu banda na bandzie, sekcje rytmiczne, dropy i hopki. W porównaniu do Twistera to jest on jednak z lekka bardziej dziki i dużo bardziej zaniedbany. Widać, że ktoś to z rzadka jeździ, ale żadne prace konserwacyjne w tym roku nie były tu wykonywane. Mamy tu patyki, liście i krawędzi band w stanie rozkładu. W skrócie można napisać że trasa wygląda jak atrakcyjna modelka po 4 dniowym melanżu w najgorszych spelunach z typami spod ciemnej gwiazdy, z finałem w rynsztoku. Jest dość mocno zapuszczona i z lekka niedomyta, trudno powiedzieć co zażywała, jej cnotliwość jest podana pod wątpliwość ale spod warstwy złuszczającej się tapety mrugają przebłyski potencjału. Trudno oceniać takie ścieżki po ledwo jednym, kontrolnym przejeździe ale spróbuję. Początek jest naprawdę przyjemny ale dalej jest trochę gorzej. W pewnym momencie zaczyna trochę brakować nachylenia, trzeba dawać z korby i widać, że tu trochę "rzeźbiarzowi" zabrakło "materiału" i jest kombinowanie na siłę. Na rozwidleniu wybieramy wariant "wilczy" i wtedy znowu robi się przez chwilę fajniej, choć kocówka lekko zniszczona przez zrywkę. Przez te rozkładające się bandy jeden ziomek nawet zapragnął sprawdzić czy jego gogle nadają się do nurkowania w kałuży, na szczęście nie trafił. Ogólnie źle nie było ale oczekiwaliśmy więcej. Trzy i pół flaszeczki w alko skali  - więcej za to nie zapłacę.
Ścieżki mają wylot u stóp Hrad v Starej Ľubovni, czyli czternastowiecznego zamku.

Hrad v Starej Ľubovni
Hrad v Starej Ľubovni

Jego zwiedzanie kosztuje 5 jurków za łebka, więc trochę za dużo jak na 15 minut jakie chcieliśmy na to poświęcić. Oglądamy zamczysko z zewnątrz i zjeżdżamy do pobliskich zabudowań gdzie za te pieniądze kupujemy morze napojów. Pijemy Kofolę, jest pięknie.

Smak wolności
Smak wolności

Czas wracać. Atakując Osly Vrh czerwonym szlakiem, którego początek jest oficjalnym podjazdem na start Cyklostopów, poznajemy tajemnicę małej popularności tych ścieżek. Ten podjazd obsysa. Jest błotnisty, zryty koleinami i w ogóle do bani. Jeśli przed nim w naszych głowach tliła się jeszcze idea żeby zjechać to jeszcze raz, to ten odcinek skutecznie nas z tego wyleczył. Jedziemy do domu. W pewnym momencie czerwony żegna się z Cyklostopami i stromo pnie się w las, kilkusetmetrowym pięknym singlem - próżno szukać takich ścieżek w polskich górach. Szkoda, że robimy to pod górę. W końcu docieramy na szczyt Oślego Wierchu, który jest nawet widokowy. Znajduje się tu też ławeczka, na której można sobie zrobić głupie zdjęcie.

Ja i moi koledzy
Ja i moi koledzy. Nie jestem pewien, czy to jeszcze endurofcy? Czy to jeszcze bandyci? Z każdym rokiem wspólnego jeżdżenia ich dusze stopniowo ogarnia mrok, który sprawia, że w pogoni za komami na stravie wyglądają coraz bardziej jak kosmonauci. Jeśli spotkasz ich kiedyś na szlaku to nie tylko nie oczekuj z ich strony niczego dobrego ale zwyczajnie uciekaj!

Stąd rozpoczęliśmy powrót do Polski, zielonym szlakiem, interwałem z tendencją spadkową. Ze względu na plastelinową glebę i podmokłe łąki jechało się to dość ciężko. Poza walorami widokowymi było raczej słabo i bardzo męcząco.

Daleko jeszcze?
Daleko jeszcze?

Na uwagę zasługuje jedynie końcówka zjazdu przed granicą, która okazała się być kilometrem naprawdę tęgiej rąbanki po kamieniach. Goście jak to zobaczyli to dostali piany i rzucili się na to jak wygłodniałe ogary na sztukę mięsa. W wirze walki aż zahaczyli się goglami ale trzeba przyznać, że ogień na tym odcinku poszedł naprawdę dobry. Ostatnie metry do parkingu pokonaliśmy asfaltem wzdłuż brzegu Popradu. Jeden ziomek chyba coś przedawkował, bo chciał wracać do Rzeszowa z korby, na szczęście został powstrzymany :D. Muszę przyznać, że Słowacja daje dobrze pojeździć, choć narazie i tak trzymamy się z dala od najpopularniejszych miejscówek. Czas ruszyć coś bardziej kultowego. Oby tylko w końcu nastały cieplejsze i bardziej suchy czasy.




Dane wyjazdu:
30.10 km 10.00 km teren
02:00 h 15.05 km/h:
Podjazdy:412 m
Rozbójnicy:

Ten kwiecień to jakaś kpina

Sobota, 22 kwietnia 2017 · dodano: 22.04.2017 | Komentarze 0



Dane wyjazdu:
61.20 km 38.00 km teren
07:00 h 8.74 km/h:
Podjazdy:1621 m
Rozbójnicy:

Zabrakło jedynie faveli

Sobota, 8 kwietnia 2017 · dodano: 10.04.2017 | Komentarze 7

Coś się zmieniło w tamtym sezonie. Wcześniej każda nasza eskapada na Słowację kończyła się mniejszą lub większą katastrofą. I wtedy przytrafił nam się wiekopomny wypad na Busov, który sprawił, że zaczęliśmy przychylniej spoglądać na szlaki za naszą południową granicą. Otworzył się przed nami nowy, nieznany ląd. Pojawiły się plany. Stwierdziliśmy, że pomimo konieczności wykupowania ubezpieczenia, ustawowego zakazu jazdy rowerem w lesie poza wyznaczonymi szlakami oraz możliwości bycia obrzuconym odchodami przez przedstawicieli śniadej części populacji - musimy tam być. Realizacją właśnie takiego słowackiego zwrotu w naszej polityce wyrypowej był dzisiejszy wyjazd. Mieliśmy jechać gdzie indziej, ale w tym "gdzie indziej" spadł śnieg. Padło więc na trasę po niższych, mało znanych górkach, była więc obawa, że poruszać się dziś będziemy po szlakach spod znaku dykty, papy i paździerza. Obawialiśmy się, że relacje z tego wypadu będą pisane w tonie ku przestrodze - gdzie nie jeździć. Na szczęście rzeczywistość okazała się diametralnie inna. Chociaż początki nie były kolorowe. Były błotno szaro bure, miały klimat śmietnika, konsystencje szlamu i zapach gnoju.

To będzie ciężki i długi dzień
To będzie ciężki i długi dzień

Słowacja wita nas ciepło
Słowacja wita nas ciepło

W takich oto okolicznościach przyrody, przyszło nam wyruszyć w nieznane z parkingu na granicy, w okolicy Ożennej. Odziwo po przedarciu się przez ten śmietnik dalsza część szlaku granicznego w kierunku Czeremchy (670 m.n.p.m) okazała się być przyjemnym, lajtowym singielkiem. Choć błoto chlupało spod kół jechało się całkiem przyjemnie, a Paweł nawet znalazł poroże.

Pasmo graniczne
Pasmo graniczne

Jelonkowe rogi
Jelonkowe rogi

Żal było opuszczać tą ścieżynkę dla drogi zrywkowej, którą mieliśmy zjechać na słowacką stronę. Chociaż w tak sympatycznym błotku nawet takim syfem jechało się miło. Zjechaliśmy do miejscowości Roztoky, skąd z lekkim błądzeniem dotarliśmy na niebieski szlak, który miał nas zaprowadzić w okolice Svidnika. Co to by był za wyjazd na Słowacje bez krzaczingu. Z Vapenickiego Sedla zaliczyliśmy całkiem przyjemny prawie-że połoninowy odcinek. Z oddali nawet te słowackie wiochy nie wyglądają tak źle.

Połoninowo
Połoninowo

W końcu wjechaliśmy do lasu i szeroką drogą na Rohule - wzgórze nad Svidnikiem, na którym znajduje się wieża widokowa.

Rohula (595 m.n.p.m)
Rohula (595 m.n.p.m)

Na wieży tabliczka z zakazem wstępu ze względu na zły stan techniczny. Faktycznie nie wyglądało to za dobrze. Żaden z nas nie podjął ryzyka wspinania się po spruchniałych drabinach. Po krótkim postoju zaczęliśmy więc dalej zjeżdżać niebieskim na południe. Spodziewałem się szerokiej, leśnej drogi, takiej jaką zdobyliśmy wzgórze od północy, a tymczasem ... szok! Szlak jest rewelacyjny! Kawał wszystkomającego singletracka. Trochę interwału, sporo zakrętów, jedna ścianka i do tego jest nawet dość długi. Warte polecenia i powtórzenia. Po takim czymś byliśmy pewni, że to nie jest stracony dzień. Poziom zainteresowania Słowacją jeszcze bardziej wzrósł.
Po zjeździe pojechaliśmy asfaltem do Svidnika. Miasto powitało nas żółtymi latarniami i górującym nad miastem pomnikiem ku czci sowieckiej armii. Pisałem kiedyś, że obowiązkowym elementem każdej większej miejscowości tutaj jest ruski czołg T-55 stojący na monumencie. W Svidniku poszli w tym dużo dalej - mają tu na ośce cały skład wojennego rusko-niemieckiego gruzu.

MIlitarny gruz #1
MIlitarny gruz #1

MIlitarny gruz #2
MIlitarny gruz #2

Poza tym, nie widziałem w tym mieście nic ciekawego. Sklepy pozamykane, na szczęście udało nam się namierzyć jakąś budę i zrobić zakupy. Dorwaliśmy lokalną kiełbasę, strasznie wysuszoną i chyba z dodatkiem pomidorów i papryki. Smakowało dziwnie ale siadło dobrze. Zwłaszcza obficie przepite takim oto smakołykiem:

Smak wolności
Smak wolności

Napędzani Kofolą ruszyliśmy w stronę kolejnego wzniesienia. I tu kolejne zaskoczenie, bowiem czerwony szlak na południe w sporej części jest także pięknym singletrackiem. Bez trudności technicznych co prawda, ale trzeba to kiedyś zrobić w dół. 

Doskonałej jakości szlak
Doskonałej jakości szlak

Mozolnie w pocie czoła docieramy na Cierną Horę, gdzie znajduje się kolejna wieża widokowa. Tym razem jej stan techniczny nie budzi zastrzeżeń, a widoki są rewelacyjnie co nieźle widać na poniższych zdjęciach od Pawła.

Cierna Hora (667 m.n.p.m)
Cierna Hora (667 m.n.p.m) 

Widok z wieży #1
Widok z wieży #1

Widok z wieży #2
Widok z wieży #2

Widok z wieży #3
Widok z wieży #3

Ciekawy jest fakt, że na każdym większym wzniesieniu dziś była chałupa do spania albo przynajmniej wiata. Na Cernej ta słowacka dbałość o turyste sięgnęła zenitu bo miejscowa chata ma kominek i profesjonalny sprzęt do BBQ. Gdy na Słowacji inwestuje się we wiaty i schrony u nas inwestuje się w schody na szlakach. Słowackie podejście szanuję dużo bardziej.

Dostępne dla turystów za darmo
Dostępne dla turystów za darmo

Dalsza część szlaku na zachód jest naprawdę przyzwoita. Jest to droga leśna ale nie zniszczona i bez kolein. Solidne 3 flaszeczki w mojej alko-skali. Trzeba szanować i takie szlaki - w Polsce pewnie przejechało by tu już z 50 traktorów, 4x4 i quadów. Zdarzył się nawet taki rodzynek jak fragment wąziutkiego trawersu. W końcu docieramy do przyjemnej polany widokowej i zmieniamy szlak na niebieski.

Niektóre robiliśmy, resztę zrobimy wkrótce
Niektóre robiliśmy, resztę zrobimy wkrótce

No i tu niestety kończą się przyjemności. Szlak jest grząski, zawalony gałęziami i dość płaski jak na góry. Jazda tym skutecznie drenuje z resztek sił. Ten szlak strasznie zmęczył mi głowę. Marzyłem już tylko o tym, żeby się skończył i żebym poczuł pod stopami zimną twardość asfaltu. I wtedy szlak zmienił się w 1km hardkorowej zrywki z błotem po kostki. Katastrofa.

Brudna robota
Brudna robota

W końcu wyjechaliśmy z lasu. Zjazd na krechę przez zieloną łąkę był jak oczyszczenie ... dla opon. Kiedy wydawało się, że najgorsze już za nami to okazało się, że szlak zaprowadził nas w sam środek ... stada buhajów. Wściekłych buhajów.

Buhaje
Buhaje 

Zapędzeni w kozi róg, w oparach krowiego łajna musieliśmy szukać drogi na około. Bynajmniej nie wiodła ona przez usłane wiosennym kwieciem, pachnące, alpejskie łąki. Wiodła przez mroczną, błotnistą, zafajdaną paryję i zakończyła się skokiem przez obwody elektrycznego pastucha. Rzeczywistość chowu bydła rogatego nie wygląda jak w reklamach czekolady milka. Szczegóły pominę - moja psychika usilnie próbuje wymazać je z pamięci.
Pozostał nam kilkunastokilometrowy powrót asfaltem do samochodu, który pokonałem już mocno ucirany. Ciężkie, błotne szlaki dały bardziej w kość niż asfaltowe podjazdy Beskidy Wyspowego przed dwoma tygodniami. Cały dzień w mokrym ubraniu, cały dzień w mokrych butach, na mycie roweru wydałem piątaka, a tak naprawdę jedynie żałuję, że po drodze nie było tym razem żadnej porządnej faveli, gdzie moglibyśmy ubogacić się kulturowo ;). Cóż, wszystko jest do nadrobienia. Świetny dzień na szlakach. Słowacjo - wkrótce widzimy się znowu.


Dane wyjazdu:
32.80 km 18.00 km teren
02:12 h 14.91 km/h:
Podjazdy:432 m

Rzeszów ... taki wielki

Sobota, 1 kwietnia 2017 · dodano: 01.04.2017 | Komentarze 0

To, że Bziankę włączyli ostatnio do Rzeszowa to słyszałem, ale tej tablicy w tak odległym miejscu się nie spodziewałem. Chłop już pola na bogato nie zaorze bo mu miastowe znaki na miedzy postawili.




Dane wyjazdu:
42.70 km 20.00 km teren
04:50 h 8.83 km/h:
Podjazdy:1705 m
Rozbójnicy:

Z wysokiego C

Sobota, 25 marca 2017 · dodano: 27.03.2017 | Komentarze 2

Marzec bez wyrypy? Tak być nie może. To plama na honorze. Niestety ciężko doświadczone przez zimę podkarpackie góry nie są jeszcze gotowe na poważna jazdę. Trzeba było więc udać się na zachód. Rozpoznanie terenowo pogodowe wykazało, że sytuacja wyglada obiecująco w Beskidzie Wyspowym. Przynajmniej do 1000mnpm, bo wyżej i tak śnieg. Ruszamy z Rzeszowa o 6:30. Temperatura mizerna: -2 stopnie ale przynajmniej świeci słońce. Gdy dojeżdżamy do Laskowej jest już +8 i zaczyna to wyglądać bardzo dobrze. Przesiadamy się na rowery i tak oto nasza spragniona wyryp, awantur i przygody, niezwyciężona ekipa otwiera w końcu ten sezon na poważnie.

Startujemy z Laskowej
Startujemy z Laskowej

Atakujemy Sałasz od południa, który od tej strony akurat jest dość łatwo osiągalny. Wyspowy to dla nas tereny wciąż jednak dość słabo poznane, więc jest na czym oko zawiesić. Pogoda robi się już prawie wiosenna. Pomyśleć, że miałem dziś jechać tylko na Wilcze albo na Słocinę hehe.

Tu gdzie pogórza zmieniają się w góry
Tu gdzie pogórza zmieniają się w góry

Janusz strikes back
Janusz strikes back

Warun terenowy wręcz zdumiewa. Cały tydzień obserwowałem te tereny na kamerach z pobliskich stoków narciarskich i za dobrze to nie wyglądało - deszcze i wilgoć. Tymczasem po lasach jest zaskakująco sucho. Jak to powiedział Paweł - wszędzie dobrze gdzie nie jechał ciągnik. Niestety zdarzają się mocno błotniste fragmenty po-zrywkowe. Na nich, nasze pucowane pieczołowicie całą zimę, lśniące niczym szosowe espede lakierki rowerki tracą trochę na wyglądzie.

Bywało i tak
Bywało i tak

A oto i niszczyciel szlaków
A oto i niszczyciel szlaków

Trasa wiodła w większości asfaltem ale było parę szutrowych ścianek. Paweł podjeżdżał dziś niewyobrażalne rzeczy. Gdy wydawało się że nie da się już podjechać więcej to on zjadł żela i to więcej podjechał. Widać kto jest przygotowany do sezonu. W końcu docieramy na pasmo.

W drodze na Sałasz (909 m.n.p.m)
W drodze na Sałasz (909 m.n.p.m)

Po tym paśmie jeździłem już rok temu. W kierunku Limanowej jest tu kawał naprawdę dobrej jazdy. Może bez fajerwerków i laserów ale solidnie, dla ludzi złaknionych terenu, po tak długiej przerwie nie potrzeba nic więcej. Zjazdy prima sort. Jest pięknie. 

Przełęcz pod Sałaszem
Przełęcz pod Sałaszem

Zjeżdżamy do osady Limanowa. Kolejny raz przekonuję się o zaletach urbanizacji i zjechania z gór do centrum miasta. Znajduje się tu wiele przybytków rozpusty w których można zaspokoić wszystkie swoje rządze. Raczymy się kawa na stacji lotos, mamy dostęp do ciepłej wody, toalety i papierowych ręczników. Przyzwyczajeni do bezludnych gór, półdzicy i niepiśmienni ludzie z Podkarpacia nie przywykli do takich standardów. Mimo szoku cywilizacyjnego trzymamy poziom, obywa się bez skandalu obyczajowego. Dalej atakujemy Paproć (642 m.n.p.m) długim asfaltowym podjazdem. Towarzyszą nam widoki na najwyższe szczyty Wyspowego.

W drodze na Paproć
W drodze na Paproć

Największe wyspy wyspowego
Największe wyspy wyspowego

Ładowanie baterii na Paproci (645 m.n.p.m)
Ładowanie baterii na Paproci (645 m.n.p.m)

Zjazd z Paproci do Tymbarku to dla mnie najmocniejszy punkt dzisiaj. Jest dość krótki ale za to naprawdę przyjemnie nachylony. Może bez jakichś trudności technicznych lecz rzeczy dzieją się tu bardzo szybko. Płyniesz niesiony wartkim nurtem tego dołnhilu. Jest zajawka. Polecam.
Na dole stwierdzamy, że dobrze nam idzie. Nie czułem się wtedy jeszcze w ogóle zmęczony. I wtedy nadeszła pora na podjazd na Kamionną (801 m.n.p.m). Ten podjazd wypruł ze mnie flaki. Tak stromych asfaltów jak w Wyspowym nie spotkałem jak dotąd nigdzie indziej. Odcinało mnie chyba z 15 razy, z 10 razy się zagotowałem,  jakieś 8 razy miałem ochotę położyć się w chłodnym, wilgotnym, przydrożnym rowie. Na szczycie byłem bordowy na ryju niczym bej z 10 letnim stażem. Ciemne plamy przed oczami i te tematy.

Śnieg tylko na stokach
Śnieg tylko na stokach

Zjazd żółtym szlakiem w kierunku Żegociny to nic godnego zapamiętania i dobrze, bo jakiejś konkretnej roboty w tym stanie mógłbym nie podołać. Pozostał nam powrót przez przełęcz Rozdziele do samochodów. Wyszło 1700 w pionie. Sztos. Najlepsze otwarcie sezonu w historii. Przebiło nawet Baranie z 2014 roku. Byłem sceptycznie nastawiony do tego wyjazdu bo spodziewałem się błotnej brei a wyszedł taki benger że pojechać taka wyrypę w marcu to majątek. Wszystko siadło: trasa, zjazdy, widoki, sprzęt, żarcie. No i jeszcze ta ekipa starych wiarusów. Ja i moi koledzy. Wyrafinowani dżentelmeni niczym token do foxa z odbojnika od drzwi z Kastoramy :D. Czasem się z nich tu na blogu podśmiechuję ale takich bandytów to ze świecą szukać. Jestem wdzięczny wszystkim siłom ziemskim i niebiańskim za to co się dziś dokonało. Zaczynamy od mocnego akordu, z wysokiego C, a będzie jeszcze bardziej grubo.


Dane wyjazdu:
10.00 km 0.00 km teren
00:45 h 13.33 km/h:
Podjazdy: m

Tuningi, graweringi, brejklingi

Środa, 15 marca 2017 · dodano: 16.03.2017 | Komentarze 2

Przedsezonowy tuning wymaga poświęceń, 23:30 strzały z kompresora w tuebelsy. Polecam kolegę Sebka jeśli chodzi o takie tematy.